Łukasz Bąk

Chcesz zrobić międzynarodową karierę?
Zostań w Polsce. Wielkie technologiczne koncerny przenoszą do nas swoje centra badawcze i zatrudniają tysiące inżynierów, informatyków oraz naukowców. 
Zaczął się boom na "polskie mózgi".

Marian Lubieniecki, 37-letni inżynier z warszawskiego centrum projektowego General Electric, opowiada, że największy komplement o swojej pracy usłyszał w kwietniu zeszłego roku, tuż przed wejściem Polski do Unii. Zachodnie gazety pisały wtedy, że wielu polskich naukowców, informatyków, inżynierów już żyje na walizkach, szykując się do wyjazdu za granicę. Amerykańska centrala GE zareagowała natychmiast, zasypując polski oddział stosem rozpaczliwych faksów i maili: "Zróbcie wszystko, żeby ich zatrzymać, to najlepsi fachowcy na świecie!".

Jednak ani Lubienieckiemu, ani żadnemu ze 150 polskich pracowników Centrum Projektowego Silników Lotniczych należącego do GE nawet nie zaświtała myśl o wyjeździe na Zachód. Tutaj, w warszawskim oddziale, mają wszystko, czego potrzebują – etat w międzynarodowym koncernie, dostęp do najnowszych technologii, możliwości rozwoju i pensje takie, jakie dostają ich amerykańscy koledzy. Siedząc przy swoich superkomputerach, projektują teraz części do silnika najnowszego dziecka Boeinga – 787 Dreamlinera – mającego pojawić się na niebie za trzy lata.

Przyzwyczailiśmy się już do narzekań na ucieczkę młodych Polaków na Zachód. Gazety co jakiś czas biją na alarm, że tylko patrzeć, jak z kraju zniknie cała kadra naukowa, bo przecież wyjeżdżają zarówno robotnicy na saksy, jak i lekarze, informatycy, inżynierowie. Tylko w ostatnim roku około 100 tys. osób. W całym zamieszaniu mało kto zauważył, że ten proces od kilku lat przebiega także w drugą stronę. Że świat, do którego uciekaliśmy, przychodzi do nas. I chce wykorzystywać już nie tylko siłę polskich rąk sprawnie montujących koreańskie telewizory LG w Mławie czy samochody Fiata w Tychach. – Międzynarodowe koncerny wreszcie dostrzegły umysły Polaków – mówi Andrzej Sadowski, ekonomista z Centrum im. Adama Smitha.

Ponad 20 globalnych koncernów ma dziś w Polsce instytuty rozwojowo-badawcze, centra finansowe, łącznie pracuje w nich około 3 tys. specjalistów wysokiej klasy – głównie inżynierów, informatyków i księgowych. A w tym roku szykuje się prawdziwy boom na "polskie mózgi". W najbliższych miesiącach powstanie u nas ponad tysiąc miejsc pracy dla fachowców w firmach najbardziej znanych marek, m.in. w Motoroli, Siemensie, Hewletcie-Packardzie, Samsungu. Ten ostatni w ubiegłym tygodniu zapowiedział zatrudnienie kolejnych 300 osób w swoim Centrum Rozwoju Oprogramowania. – W najbliższych kilku latach liczba miejsc pracy w nowoczesnych centrach niezwiązanych z produkcją może wzrosnąć nawet do 500 tys. – ocenia Sebastian Mikosz, wiceprezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, powołując się na raport międzynarodowej firmy doradczej McKinsey.

Ten nagły boom na Polskę nie pojawił się z powietrza. Rządzi nim, jak wszystkim w biznesie, chłodna kalkulacja. To, że w takim nasileniu zaczął się akurat teraz, wynika z wprowadzonych niedawno ulg podatkowych. Od trzech miesięcy zagraniczni inwestorzy budujący w Polsce centra usługowe mogą korzystać z takich samych udogodnień, jakie dostawali wcześniej, budując fabryki. – A zachęty finansowe często przesądzają o wyborze lokalizacji inwestycji – zapewnia Mikosz. Ale dodaje, że to tylko jedna strona medalu. I to wcale nie zasadnicza. – Wielkie koncerny są u nas od 15 lat. Ich szefowie zdążyli w tym czasie poznać Polaków. I przekonali się, że oprócz skręcania mebli czy montowania telewizorów potrafią także świetnie programować, projektować i wdrażać nowoczesne technologie – mówi Mikosz.

Niektórzy dostrzegli to już wcześniej. Centrum badawcze General Electric powstało sześć lat temu, bo firma chciała wykorzystać potencjał polskiej inżynierii lotniczej. Mimo stosunkowo krótkiej historii ośrodek ma imponujące osiągnięcia w branży. Zespół, w którym pracuje Lubieniecki, opatentował np. pomysł kluczowy dla bezpieczeństwa lotu (konkretnie: "rozwiązanie zapobiegające rozbieganiu się i wyważaniu wirnika w turbinie silnika"), za co centrala zasypała go nagrodami za innowacyjność.

Żeby móc chwalić się takimi sukcesami, każda placówka badawcza potrzebuje co najmniej kilku lat na rozruch i budowę zespołu. Wielkie firmy w Polsce przyjęły metodę małych kroków. Gdy w 1998 roku w Krakowie startowało Centrum Oprogramowania Motoroli, czołowego producenta telefonów komórkowych, najpierw zatrudniono kilkanaście osób, które pracowały w biurach wynajmowanych od Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od tamtego czasu firma dwukrotnie zmieniała adres. Ostatni raz dwa lata temu, kiedy to przeniosła się do nowoczesnego budynku na obrzeżach Krakowa. Teraz i ten biurowiec staje się za ciasny. Firma myśli o rozbudowie. W końcu gdzieś trzeba będzie pomieścić 700 osób mających do końca roku zaludnić biuro.

Wielkie biurowce stawia też w Polsce Philips, producent sprzętu elektronicznego i AGD. Do połowy przyszłego roku ma być gotowa główna siedziba Europejskiego Centrum Usług (ECU) w Łodzi. Pracę znajdzie tam 600 osób. A jeszcze dwa lata temu, gdy centrum startowało na jednym piętrze łódzkiego wieżowca, była ich zaledwie garstka. Dziś o porządek w dokumentach wszystkich europejskich filii Philipsa dba 400 polskich księgowych. Codziennie obracają tysiącami faktur z prawie 100 oddziałów. Dbają o płynność finansową całej firmy. Lecz zanim im na to pozwolono, musieli udowodnić, że znają się na swojej robocie.

Szefów europejskich oddziałów mocno zaniepokoiło to, że ich finansami zajmą się Polacy, w dodatku bardzo młodzi. – Ocenili mnie po wyglądzie – śmieje się Monika Niewinowska, blondynka o wyglądzie licealistki. Miała 25 lat, a odpowiadała za przeniesienie księgowości francuskiego Philipsa do Łodzi. Tamtejszy prezes, wyraźnie przestraszony, poprosił ją o rozmowę w cztery oczy. Przez dwie godziny musiała rozwiewać jego obawy o to, że sobie nie poradzi.

Dziś jej nazwisko zna niemal każdy kasjer, księgowy i prezes europejskich biur Philipsa. 27-latka z Polski uchodzi za jedną z najlepszych specjalistek od VAT-u w całym koncernie. Codziennie jej telefon się urywa, ciągle jest w rozjazdach. Kursuje po całej Europie, bo przy bardziej skomplikowanych wyliczeniach firmy wolą najlepszego fachowca mieć na miejscu. Aż trudno uwierzyć, że od tej drobnej dziewczyny zależy to, ile milionów euro podatku zapłaci francuskiemu rządowi tamtejszy oddział Philipsa. Zaufali jej nawet Włosi mający najbardziej skomplikowany system podatkowy w Europie. Przekonały ich raporty, z których wynikało, że centrum popełnia zaledwie 0,4 proc. błędów, podczas gdy średnia wynosi kilka procent. Dziś przez ręce Niewinowskiej i jej kolegów przechodzi codziennie blisko 3 tys. faktur opiewających na kilka milionów euro.

Dlaczego to właśnie Polska – a nie sąsiednie Czechy, Węgry czy Słowacja – wyrasta na centrum „umysłowych” inwestycji? Nasi sąsiedzi oferują inwestorom często korzystniejsze warunki, większe ulgi, lepszą infrastrukturę. Jednak jest coś, czego nie mają w dostatecznie dużej liczbie – kadry dobrze wykształconych inżynierów.

Że polscy informatycy mają tęgie głowy, wiadomo od dawna. Uniwersytet Warszawski regularnie mieści się w czołówce prestiżowego międzynarodowego rankingu programistów Top Coder. Teraz nawet na pierwszym miejscu, wyprzedziwszy takie renomowane uczelnie jak Massachusetts Institute of Technology czy Stanford University. Polscy studenci od lat plasują się wysoko w światowych konkursach programowania. Wygląda na to, że nauki ścisłe to nasza specjalność, bo tak samo głośno zaczyna być o polskich inżynierach. – Często przewyższają wiedzą niemieckich kolegów, mimo że w czasie studiów nie mieli dostępu do większości nowoczesnych technologii – tłumaczy dr Franz Schmaderer, do niedawna szef centrum badawczego szwedzko-szwajcarskiego koncernu energetycznego ABB w Polsce, teraz dyrektor podobnej placówki w Niemczech. – Polska to prawdziwe zagłębie talentów inżynieryjnych – dodaje Małgorzata Orłowska z Banku Danych o Inżynierach. – W żadnym innym kraju nie ma tylu szkół politechnicznych.

A jeśli w dużym kraju w środku Europy jest takie "techniczne zagłębie", to prędzej czy później ściągną tu koncerny technologiczne. Nawet jeśli "przez pomyłkę" najpierw spróbują po sąsiedzku. Tak właśnie było z koreańskim koncernem Hyundai /KIA, który w zeszłym roku zdecydował, że wartą miliard euro fabrykę samochodów wybuduje u naszych południowych sąsiadów. – Nagle okazało się, że na Słowacji nie ma wystarczającej liczby inżynierów. A najbliższym miejscem, skąd można wziąć specjalistów, okazała się Polska – opowiada Andrzej Sadowski.

Pod jednym względem dystansujemy prawie całą Europę – jesteśmy na drugim miejscu pod względem liczby studentów w stostunku do liczby mieszkańców (2 mln osób), co drugi polski 20-latek kształci się na wyższej uczelni. Z szacunków Eurostatu, unijnego urzędu statystycznego, wynika, że będziemy za kilka lat jednym z najlepiej wyedukowanych społeczeństw na tym kontynencie. Większość tych młodych ludzi już nie będzie musiała wiązać przyszłości z wyjazdem z kraju. – Na studiach marzyłam o karierze za granicą. Wyjechałam do Belgii, ale wróciłam, bo okazało się, że w Polsce mam większe szanse na karierę – przyznaje Niewinowska.

Nie ona jedna ma takie doświadczenia. – Przez trzy lata zaraz po studiach pracowałem w Szwajcarii, ale cały czas czułem, że moje miejsce jest w Polsce – opowiada Marek Florkowski, absolwent Politechniki Krakowskiej. Wrócił i w 1997 roku złożył podanie w powstającym wtedy w Krakowie centrum badawczym ABB. Dzisiaj jest szefem ośrodka i "dowodzi" grupą 70 inżynierów. – To doskonały zespół, który na swoim koncie ma kilkadziesiąt zrealizowanych projektów – zachwala dumnie Florkowski. Za najważniejszy uważa "projekt separatora rozdzielającego ropę naftową od wody w trakcie wydobycia", nad którym pracował razem z Adamem Nowarskim. – To było super- ciekawe – zapala się. – Zaczynaliśmy od czystej fizyki: obserwowania kropel wody w oleju, a zakończyliśmy na wdrożeniu systemu na platformach wiertniczych. 
Za ten projekt krakowskie ABB otrzymało w zeszłym roku na targach w Houston w USA nagrodę za najbardziej innowacyjne rozwiązanie. – Ale takich historii jak moja jest w Polsce wiele. To dowód na to, że dzisiaj już nie trzeba wybierać między sukcesem zawodowym a pozostaniem w kraju – przekonuje Florkowski. – Wystarczy zapukać do drzwi którejś z firm, przekroczyć próg i zacząć realizować marzenia – potwierdza Seweryn Krajewski, który już na studiach zaczął pracę we wrocławskim centrum rozwoju oprogramowania Siemensa. Dzisiaj 28-letni Krajewski jest autorytetem dla informatyków firmy w całej Europie i – jak mówi jego szef – przykładem dla 550 pracowników wrocławskiego ośrodka.

Krajewski wspólnie z kolegą wymyślił i opracował program, dzięki któremu operatorzy telefonów na kartę mogą przyznawać milionom użytkowników komórek dodatkowe minuty, SMS-y czy inne bonusy. Program zdobył wielką popularność na całym świecie. Używa go kilkudziesięciu operatorów, w tym polski Heyah. To sprawiło, że Krajewski stał się sławą w branży i już kilka firm kusiło go większymi pieniędzmi i pracą za granicą. Konsekwentnie odmawiał, bo na tym etapie kariery woli gromadzić doświadczenia. A Siemens mu to zapewnia. Nie widzi powodu, żeby Wrocław zamieniać na Hamburg czy Sztokholm. Tu i tam robiłby to samo.

- To prawda - zgadza się Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha. – Dziś równie dobrze międzynarodową karierę można zrobić w Polsce, pracując dla globalnych koncernów. Nie trzeba się już nawet specjalnie do nich dobijać, sami wyciągają ręce po pracowników.

Duże korporacje z usług agencji "łowców głów" korzystają dziś rzadko, właściwie tylko przy wyszukiwaniu ludzi o bardzo wąskich specjalizacjach. Zwykle udają się prosto na wyższe uczelnie, a ostatnio coraz częściej – już do liceów.

Motorola na przykład już od pięciu lat organizuje dla licealistów konkursy na najlepsze programy komputerowe czy strony internetowe. – Szukamy młodych talentów i zachęcamy ich do studiów informatycznych – wyjaśnia Agnieszka Nowaczkiewicz z polskiej filii koncernu. Oczywiście wiąże się to z szansą pracy w krakowskim Centrum Oprogramowania Motoroli stającym się wręcz wizytówką koncernu.

Polski ośrodek – jeden z 20 centrów Motoroli rozrzuconych po całym świecie – ma wyjątkowo dobrą opinię. – Wasi informatycy są niezwykle odpowiedzialni i solidni – nie może się nachwalić swoich krakowskich pracowników Jagdish Singh, dyrektor Motorola Global Software Group. Przyznaje też, że centrala nigdy nie odrzuciła ani nie odesłała do poprawek żadnego projektu z Polski. To Polacy poprawiają innych, bo Amerykanie coraz częściej powierzają im projekty, z którymi inni nie dali sobie rady.

Atutem polskiego oddziału są kobiety, co w tym zawodzie jest rzadkością. Wybijają się zwłaszcza dwie młode informatyczki – Monika Zdaniewicz-Bistroń i Krystyna Pietrzykowska. Obie pracowały m.in. przy tworzeniu menu najnowszych komórek, np. modelu V500, i to dzięki nim menu Motoroli – do niedawna uważane za najmniej przystępne – należy do najprostszych i najbardziej użytecznych.

Może dlatego, że na co dzień współpracują z ludźmi z całego świata, one również deklarują, że z Polski by nie wyjechały. – Tutaj też się rozwijam, a w dodatku jestem wśród swoich – zapewnia Monika Zdaniewicz-Bistroń. Przyznaje jednak, że nie zarabia tak dobrze jak jej koleżanki po fachu z Ameryki. Pensji zdradzić nie może, wiadomo jednak, że młody człowiek świeżo po studiach zaczynający pracę w krakowskiej Motoroli może liczyć na "dwie średnie krajowe", czyli ok. 5 tys. zł – jak na polskie warunki sporo, ale co najmniej dwa razy mniej niż w Niemczech czy Anglii.

I to jest kolejny powód, dla którego Polska stała się tak atrakcyjna dla wielkich koncernów. Nie dość, że mamy fachowców wysokiej klasy, to za połowę mniejsze pieniądze niż na Zachodzie. Wprawdzie po kilku latach pensje młodych pracowników z reguły są już dwucyfrowe, ale i tak dalekie od zachodnich, co pozwala koncernom na gigantyczne oszczędności.

Jednak młodym Polakom te mało światowe zarobki nie przeszkadzają, bo po pierwsze, jak na nasze warunki i tak są wysokie. – A po drugie, różnicę Samsung rekompensuje mi zagranicznymi szkoleniami i większymi możliwościami awansu – tłumaczy Bernard Konys z warszawskiego Centrum Rozwoju Oprogramowania Samsung Electronics. Dlatego odrzucał intratne finansowo propozycje innych koncernów.

27-letni Konys szefuje 25-osobowemu zespołowi programującemu dekodery cyfrowe. Głowy na karku zazdroszczą mu konkurenci z Chin, Niemiec czy Egiptu, gdzie pomaga wdrażać nowe technologie opracowane w Warszawie. – Polacy ze swoją ułańską fantazją mają naprawdę mnóstwo świetnych pomysłów – ocenia Yong Gu Kim, dyrektor warszawskiego centrum. To właśnie dzięki oprogramowaniu, które stworzyli i sprzedali na całym świecie, Samsung Polska mógł się pochwalić obrotami na poziomie miliarda złotych. To najlepszy wynik w historii polskiego oddziału.

Polska ma jeszcze jeden, mniej poważny, ale jak się okazuje, całkiem istotny dla globalnych koncernów atut - położenie geograficzne. O tym, jak bardzo pomaga ono w pracy, przekonały się dziewczyny z Motoroli, kiedy razem z oddziałami firmy na świecie ślęczały nad menu swojej komórki. Miały gorącą linię z Australią, Izraelem, ze Szkocją i z USA. Gdy Ameryka śpi, to Azja pracuje, i odwrotnie. Tylko Europejczycy mogą w ciągu dnia porozumieć się z ludźmi w różnych rejonach świata. To ważne, zwłaszcza kiedy muszą pracować ze sobą ośrodki z najodleglejszych zakątków.

Z problemem strefy czasowej będzie sobie musiał wkrótce poradzić Adam Nowarski z krakowskiego centrum ABB. Przed miesiącem został szefem najnowszej placówki koncernu otwartej w Pekinie. Wcześniej grupa chińskich badaczy przez kilka miesięcy szkoliła się pod jego okiem w Krakowie. Wygląda na to, że dla młodych inżynierów i finansistów z Polski już wkrótce zacznie się kolejny etap – odkrywania dla wielkiego przemysłu potencjału innych krajów.

Współpraca Milena Rachid Chehab, 
Karol Chlipalski, Marcin Grudzień

Uwaga:
Niniejszy tekst pochodzi z tygodnika Ozon 5/05 z 19.05.2005
Adres: http://www.ozon.pl/a_tygodnikozon_2_1_138_2005_5_1.html