Podręcznik akademicki, jak go sobie wyobrażam, powinien jasno i przystępnie zapoznawać nie tylko z zagadnieniami merytorycznymi danej dziedziny, ale też z używanym w niej slangiem naukowym i metodologią badań.

Podręcznik jest podstawą nauczania. Dobry podręcznik to skarb dla studenta. Ale i rzadkość. Dobry podręcznik to też wygoda dla prowadzącego zajęcia - zawsze można się doń odwołać i samemu za wiele wymyślać nie trzeba. Jednak, czy warto podręcznik pisać?

Pytanie to zadawałem sobie przed paru laty. Wszelako do jasnej konkluzji nie doszedłem. Z przemyśleń wyszło mi, że pisanie podręcznika to poważne i odpowiedzialne zadanie. By je dobrze wypełnić, sama chęć nie wystarczy. Trzeba innych cech i sprzyjających okoliczności. O tym poniżej.

Przebudzenie

Zdarzenie owo miało miejsce przed paru laty. Siedziałem pośród ciemnej nocy przygotowując się do kolejnego wykładu, który miałem mieć rankiem dnia następnego. Przeglądałem różne podręczniki wybierając najlepsze ujęcie tematu i niebanalne przykłady ilustrujące najważniejsze zagadnienia. Przygotowywałem też ciekawe problemy do przykładowego rozwiązania, jak się to zwykło robić w naukach ścisłych. Notowałem, tworząc coś w rodzaju konspektu. A wszystko na ostatnią chwilę, jak to, niestety, mam w zwyczaju. Skończywszy ułożyłem się do krótkiego snu. Gdy po paru zaledwie godzinach dźwięk budzika brutalnie wyrwał mnie z objęć Morfeusza, jedną z pierwszych myśli świtających mi w głowie tego ranka było pytanie: a może by tak zebrać te wszystkie notatki, uzupełnić i stworzyć podręcznik? Wracałem do niej niejednokrotnie, rozważając rozmaite za i przeciw. W końcu pisanie książki, a tym bardziej podręcznika akademickiego, to - jak się rzekło - rzecz poważna.

Wspomniałem, jak to z podręcznikami było za czasów moich własnych studiów. Oczywiście, najwięcej zależało od prowadzącego zajęcia - czy wskazał wyraźnie jakąś książkę, wedle której prowadził wykład. Na pierwszych latach rzecz miała się inaczej niż na późniejszych, z racji postępującej specjalizacji i zawężania dziedziny zainteresowań. Do wykładów specjalistycznych w ogóle trudno było znaleźć jakikolwiek podręcznik, nie mówiąc już o jednym i "jedynie słusznym". Chyba że była to monografia napisana przez prowadzącego wykład.

Podręcznik jedynie słuszny

Z pojęciem podręcznika jedynie słusznego spotkałem się po raz pierwszy na obowiązkowym wykładzie z filozofii, wtedy jedynie słusznej, obecnie uznawanej za głęboko niesłuszną. Wykładający ów przedmiot Pan Docent pokazał nam na pierwszym wykładzie broszurę własnego autorstwa i poinformował, że treść jej należy znać w zasadzie na pamięć, jeśli się myśli o zdaniu egzaminu. Skrypt ów obejmował mniej więcej połowę obowiązującego do egzaminu materiału, która na dodatek nie była w ogóle omawiana na wykładzie. Po co omawiać, skoro wszystko jest napisane w skrypcie? - tłumaczył Pan Docent.

Już wtedy zrozumiałem, że posiadanie jednego dobrego podręcznika znakomicie ułatwia życie zarówno studentowi, jak wykładowcy. Pierwszemu, bo mając książkę na podorędziu wie czego, w jakim zakresie i jak się uczyć. Nie od dziś wiadomo, że egzaminator-autor podręcznika lubi, jeśli na egzaminie cytować fragmenty jego Dzieła. No, może nie każdy, ale z pewnością większość. Jednak, czy to jest studiowanie? Prowadząc wykład dla pierwszego roku, poświęcałem zawsze pierwszą jego godzinę na wyjaśnienie słuchaczom - niedawnym uczniom, mającym przemienić się w studentów - różnic między szkolnym uczeniem się od-strony-do-strony a studiowaniem, czyli samodzielnym poznawaniem zagadnienia w różnych ujęciach. Brak jednego podręcznika sprzyjał - jak mi się (naiwnie?) wydaje - temu drugiemu.

Dla wykładowcy podręcznik jest ułatwieniem, bo wystarczy przed wykładem przypomnieć sobie materiał (od strony do strony) i konspekt gotowy. Nie trzeba szukać lepszego ujęcia tematu czy sposobu jego podania, nie trzeba wciąż zastanawiać się nad prawidłowością układu całego materiału. Takie są zapewne częściowo motywacje autorów podręczników. Inna, to chęć utrwalenia i rozpowszechnienia własnych przemyśleń na temat wykładanych zagadnień. Jeszcze inny czynnik skłaniający do pisania podręcznika to wymóg uczelni, u nas - o ile mi wiadomo - niezbyt powszechny, ale gdzieniegdzie na świecie ostro przestrzegany.

Podręcznik jaki jest...

Kiedy się myśli o napisaniu podręcznika, dobrze zdać sobie sprawę, co to takiego. Czy każda książka, której czytanie zaleca się lub wymusza na studentach jest podręcznikiem akademickim? Chyba nie. Wykładowca ma pewnego rodzaju władzę nad słuchaczami, zwłaszcza gdy muszą oni potem zdać u niego egzamin. Może ich przymusić do czytania niemal każdej książki.

Zacznijmy od definicji słownikowych: podręcznik - książka przeznaczona do nauki, zawierająca zbiór podstawowych wiadomości z jakiejś dziedziny, przedstawionych w sposób jasny i przejrzysty. Cech tych raczej nie mają monografie czy prace naukowe, choćby przedstawiały najciekawsze zagadnienia. Przytoczona definicja zwraca uwagę na ogólność i komunikatywność przekazu treści. Można by jeszcze dopowiedzieć, że podręcznik, zwłaszcza z przedmiotu podstawowego, powinien trzymać się raczej rozpowszechnionych paradygmatów, niż przedstawiać jakieś rewolucyjne interpretacje.

W moim wykładzie dla „pierwszaków” zakres wiadomości z natury rzeczy był podstawowy, jak charakter tych zajęć i samego przedmiotu. Co się tyczy jasnego i przejrzystego przedstawienia w książce, to kwestia talentu i włożonego wysiłku, w odpowiednich proporcjach (wiadomo - im więcej pierwszego, tym mniej trzeba drugiego). Podstawowym zaś warunkiem - trywialnym, ale może wartym wypowiedzenia - jest dogłębne zrozumienie tematu. Oczywiście, zawsze pozostaje problem, co dla kogo jasne. Dlatego polecałem słuchaczom studiowanie każdego zagadnienia z wielu różnych książek, by znaleźć ujęcie najlepiej trafiające do intelektu i wyobraźni danego osobnika.

Akademicki

Mowa tu o podręcznikach akademickich. Spójrzmy raz jeszcze do słownika: akademicki - 1. odnoszący się do wyższej uczelni lub studentów, studencki; 2. teoretyczny, nie mający związku z praktyką, z rzeczywistością (dwa następne znaczenia pominąłem, jako zupełnie nie związane z tematem). W przypadku podręczników z pewnością należy skupić się na znaczeniu pierwszym, wystrzegać się zaś związku z drugim. Podręcznik nie powinien być akademicki w drugim znaczeniu - bez związku z rzeczywistością, choćby nawet traktował o zagadnieniach najbardziej abstrakcyjnych. Co do pierwszego, autor powinien wciąż pamiętać, dla kogo i po co pisze.

Pisanie dla studentów różnić się trochę powinno od pisania dla uczniów, nawet tych z najlepszych ogólniaków. Co prawda, nasze programy szkolne przypominają uproszczone wersje akademickich (w pierwszym znaczeniu), podobnie podręczniki, ale to raczej problem szkolnictwa niższego szczebla. Podręcznik akademicki, jak go sobie wyobrażam, powinien jasno i przystępnie zapoznawać nie tylko z zagadnieniami merytorycznymi danej dziedziny, ale też z używanym w niej slangiem naukowym i metodologią badań. To drugie o tyle jest ważne, że daje lepsze zrozumienie sposobu patrzenia danej dziedziny na opisywane przez nią zjawiska. Inaczej wszak (naukowo) patrzy na przykład na człowieka biomechanik, inaczej psychiatra, jeszcze inaczej ekonomista.

Produkcja papieru?

Gdy czytamy w słowniku, że podręcznik to książka, wyobraźnia podsuwa obraz wydrukowanego i oprawnego woluminu. Nawet niskonakładowe skrypty były i są tak właśnie wydawane, choć zazwyczaj najskromniejszymi środkami poligraficznymi. Żeby uruchamianie takich technologii się opłacało, podręcznik musi znaleźć odpowiednio liczną klientelę (studencką), więc być w miarę ogólny i uniwersalny. Jednak przedmiotów, w których można to osiągnąć, nie ma zbyt wiele. W dodatku na rynku jest już do nich dużo rozmaitych książek. Po co pisać nowe?

Z kolei do wykładów bardziej specjalistycznych nie warto wydawać podręcznika w postaci książki, bo nie znajdzie nabywców. Wystarczy więc pójść drogą skromniejszą - powielić maszynopis w tylu egzemplarzach, ile potrzeba i rozdać (czy raczej sprzedać) słuchaczom, by wpięli je do segregatorów. Metoda ta stosowana jest często w różnych krajach. Kolega ze stolicy zaprzyjaźnionego (teraz) kraju europejskiego napisał mi: Na ogół skrypty wyglądają jak sterty papieru z kopiarki. Po dokładnym przyjrzeniu się: to są sterty papierów z kopiarki. Nakład: ile potrzeba, oficyna: tutorzy (tacy studenci-asystenci) są wysyłani do kopiarki i kopiują. Jak jest potrzebnych więcej egzemplarzy, to drukarnia. Przed kilku laty uczelnie miały swoje drukarnie (każda swoją), teraz jest jedna centralna dla wszystkich. W sumie też funkcjonuje i jest praktykowane dla n > 100. Nie zmienia to jednak wyglądu skryptów. Porządne skrypty (oprawione, klejone) są rzadkością, choć też widywane. Z podręcznika wydanego przez oficyny wykładał tylko jeden profesor, a i to tylko wirtualnie (tzn. przebywał akurat na MIT, a wykład prowadził asystent, czytając książkę Wielkiego Majstra).

Jeszcze nowocześniej

A może użyć modnych technologii? Skoro niemal każdy student ma dziś dostęp do komputera, czy to w uczelni, czy w domu, dlaczego nie udostępniać podręczników w formie e-książki? Prof. Ryszard Tadeusiewicz, omawiając eksperyment badawczy budowania modelu społeczeństwa informacyjnego w AGH, związany też z "wirtualizacją" nauczania pisze: (...) myślę, że po pewnym czasie nieuchronnie dojdzie (w skali ogólnopolskiej!) do lokowania w serwerach internetowych pełnych tekstów różnych wykładów akademickich, co wobec swobodnej możliwości korzystania przez Internet z dowolnych zasobów informacyjnych niezależnie od ich fizycznej lokalizacji - sprzyjać będzie temu, że student poszukujący wiedzy na zadany temat będzie miał do wyboru kilka różnych ujęć i kilka odmiennych opracowań tego samego tematu. Dzięki temu pojawi się możliwość swobodnego dobierania przez poszczególnych uczących się takiej formy przekazu wymaganych programem studiów treści, która jest najlepiej dopasowana do ich indywidualnych preferencji, a poprzez możliwość bieżącej obserwacji statystyki „odwiedzin” studentów na różnych stronicach WWW wykładowcy będą mogli zorientować się, jakie ujęcia i jakie formy prezentacji wiadomości są przez uczących się preferowane - co może (chociaż niestety nie musi, bo natura ludzka jest słaba i ułomna...) doprowadzić do systematycznego podnoszenia wartości merytorycznej i atrakcyjności formy zamieszczanych w Internecie materiałów.

Środki są łatwo dostępne. Wystarczy do nich sięgnąć i jeszcze... przekonać studentów.

Dlaczego nie napisałem

Czego mi brakło, że skryptu nie napisałem? Najpierw - silniejszej motywacji i wsparcia. Kiedy mówiłem o swoim zamiarze kolegom, prowadzącym zajęcia z tego samego przedmiotu, oczekując przynajmniej życzliwego zainteresowania, słyszałem: Szkoda wysiłku. Przecież mamy tyle różnych książek, sprawdzonych przez lata. Po co tworzyć jeszcze jedną? Mało zachęcające. Może gdybym miał pisać na zamówienie, jak to niegdyś zrobił Władysław Tatarkiewicz, tworząc swą znaną Historię filozofii... Któż jednak zamówi podręcznik w czasach nadprodukcji książek?

Trudno też mówić o jakiejś motywacji materialnej. Chęć wydania choćby skryptu wiązała się raczej z koniecznością znalezienia środków na sfinansowanie tego przedsięwzięcia. Dziś, w kontekście e-książki, mógłbym pewnie pomyśleć o metodzie zastosowanej przez "horrorystę" Stephena Kinga i brać np. złotówkę od każdego chętnego za udostępnienie elektronicznej wersji kolejnego rozdziału. Aliści i ta metoda nie przyniosłaby mi raczej powodzenia, bo - o ile znam studentów - wszelkie zabezpieczenia zostałyby szybko złamane, a "odbezpieczone" kopie byłyby dostępne na serwerach w każdym akademiku.

Wreszcie - przyznaję - brakło mi wytrwałości. Po napisaniu kilku początkowych rozdziałów zacząłem mieć jakby mniej czasu na następne. Przestałem pisać na bieżąco i sprawa upadła. Paradoksalnie, pojawiła się jeszcze jedna szansa - podczas egzaminu u jednej ze zdających znalazłem grubą ściągę, która okazała się fragmentem zadziwiająco szczegółowych notatek z mojego wykładu. Wydało mi się jednak, że poszukiwanie pozostałych części i wykorzystanie ich do stworzenia książki byłoby w tych okolicznościach niestosowne.

Uwaga:

Niniejszy tekst pochodzi z witryny Forum Akademickie

Adres: http://www.forumakad.pl/forumksiazki/2000/21/07-felieton.htm